wtorek, 29 grudnia 2015

Początek..


Nazywam się Alex, a właściwie to każdy tak do mnie mówi. Jestem niezwykła, wyjątkowa. Wszyscy mi to powtarzają. Ale ja nikomu nie wierzę.
Nie potrafię pomyśleć o sobie, że mogłabym być kimś ważnym, wyjątkowym w czyichś oczach. W końcu nikt nie powie o mnie, że jestem ładna, znana, sympatyczna i chociażby lubiana przez swoich najbliższych przyjaciół. Ba, ja nawet nie mam przyjaciół. Nie przeszkadza mi to, aczkolwiek chciałabym wreszcie to zmienić. Nie mam jednak odwagi, by z kimkolwiek bliżej się poznać. Odkąd znalazłam się w tej klasie z nikim nie mam bliskich relacji poza podaniem sobie lekcji za pomocą portali społecznościowych. Nikt nie chciał mnie bliżej poznać, a i ja nie wychodziłam z inicjatywą, by się do kogoś zbliżyć. Całe przerwy siedziałam ze słuchawkami w uszach, słuchając ulubionej muzyki. Smutnym wzrokiem wodziłam za wszystkimi. Czekałam na minimalny gest z ich strony, ale sama nie byłam zdolna na wykonanie najmniejszego do nich. Nie dziwię się, że całe dotychczasowe życie przemierzałam samotnie. Tak było do pewnego czasu. W końcu kiedyś musiałam się zmienić. Zacznijmy więc historię od samego początku.

W gimnazjum czułam się odtrącona przez wszystkich. Czułam się samotna. Klasa była pełna pięknych dziewczyn i przystojnych chłopców, a wśród nich ja. Szara myszka i czarna owca towarzystwa. Biedna, brzydka dziewczyna. Wyśmiewana przez wszystkich. Nie zapraszali mnie na żadne imprezy i jedynym zajęciem na piątkowe wieczory było płakanie w poduszkę, czasami tylko po to, żeby sobie ulżyć. Płacz oczyszcza. Podobno. Ale u mnie powodował jeszcze większy ból. Jedyną odskocznią była nauka. W szkole zawsze dobrze mi szło, zbierałam dobre oceny, ale nie byłam klasowym kujonem. Każdego dnia myślałam o tym, jak to jest wychodzić na imprezy i po nocach marzyłam o tym, żeby wreszcie gdzieś wyjść. Snułam dalekie plany, jak to zakładam na siebie modne ciuchy, dobrze bawię się ze znajomymi i cieszę się z życia. Niestety to nie nastąpiło.

Całymi popołudniami siedziałam w oknie i marzyłam sobie. Pragnęłam zacząć żyć jak każda nastolatka. To było moje marzenie. Gdy organizowano klasowe imprezy, zawsze pomijano mnie na liście gości. W pierwszej klasie gimnazjum została zorganizowana impreza zapoznawcza. Zostałam na nią zaproszona, ale po kilku pierwszych chwilach od przyjścia nowo poznane koleżanki zaczęły mnie obmawiać za plecami. Niestety nie udało mi się zaaklimatyzować i od tamtego wieczoru jestem sama w klasie. Minął rok, a ja dalej samotnie brnę przez życie. Wszystkie koleżanki zawsze pięknie wymalowane i ubrane, a ja jak ich młodsza siostra, ta brzydka i wyglądająca jak dziecko z podstawówki. Ciągle słyszałam docinki pod moim adresem w kwestii moich ubrań czy fryzury. Często chodziłam w za dużych na mnie bluzach i swetrach. Dresy i luźne spodnie były dla mnie najwygodniejsze i najczęściej w nich chodziłam. Nie nosiłam modnych koszulek ani fikuśnych spodni podkreślających moje pośladki, były dla mnie zwyczajnie zbędne, ponieważ nie byłam zbyt atrakcyjna, więc po co miałam się stroić. Włosy najlepiej jak miałam związane w kucyk, a grzywkę rozwianą przez wiatr. Do tego jeszcze nie malowałam się, więc moja twarz wyglądała zawsze na zmęczoną. Docinki były na początku dziennym, ale po pewnym czasie przestałam na nie reagować. Moim najlepszym przyjacielem stałam się ja sama. Przesiadywanie godzinami w oknie stało się codziennością, a moi rodzice nie widzieli nic złego w tym, że jedyne moje wyjścia z domu to były wyjścia do szkoły. Miałam dobre oceny. Nauczyciele mnie chwalili i tylko to się dla nich liczyło. Mimo to, że nie poświęcali mi należytej uwagi, nie przeszkadzało mi to, miałam czas dla siebie. Ale jednak czasami potrzebowałam, żeby ktoś mnie wysłuchał, wtedy siadałam w oknie i tworzyłam scenariusze w głowie, jak to rozmawiam z koleżankami z klasy o problemach, a one rozumieją mnie. Często też mówiłam do swojego wymyślonego przyjaciela. On jednak nigdy nie odpowiadał. Udawałam, że po prostu mnie słucha i przytula. Na więcej nie było mnie stać. Nawet wyimaginowany przyjaciel nie był w stanie zmienić mojego życie na lepsze. Nadal byłam sama jak palec. Każdego dnia nie miałam nikogo oprócz siebie.
Nigdy nie miałam chłopaka, ani się z nikim nie całowałam. Chciałam przeżyć tę pierwszą miłość i znaleźć tego jedynego. Jak każda młoda kobieta marzyłam o księciu z bajki, który przyjedzie do mnie na białym koniu z bukietem ulubionych kwiatów. Od zawsze byłam wielką marzycielką. Jakby oderwaną od świata rzeczywistego, wiec może to przez to ludzie nie chcieli mnie znać. Wszyscy chłopcy z klasy, wszyscy znajomi ze szkoły nie zwracali na mnie uwagi, nie było mi dane znaleźć tej drugiej połówki. Mogłam tylko patrzeć na szczęśliwe pary koleżanek i kolegów i marzyć w nocy, żeby coś takiego przeżyć. Często myślałam, jak to by było mieć chłopaka. Spędzać z nim popołudnia, wieczory, wspólne noce. Całować się, przytulać, a kiedyś ślub, dzieci. Myślałam, że kiedyś, może w szkole średniej, znajdę tego mężczyznę życia, ale klasowe piękności codziennie wybijały mi to z głowy. Docinek nie było im nigdy dość. Każdego dnia chciałam iść do szkoły, aby nie siedzieć w domu, poza tym lubiłam się uczyć, ale jednocześnie nie chciałam tam iść, miałam dość nienawiści klasy w stosunku do mnie. Chciałam to zmienić, zaprzyjaźnić się z grupą, ale jednak nie potrafiłam. Zostałam całkowicie odtrącona od nich. Czułam się samotna. Nie byłam wystarczająco silna, aby stawić im czoła i przeciwstawić się wyzwiskom i oszczerstwom. Przez cały rok znosiłam to każdego dnia, nocami czasami zdarzało mi się płakać w poduszkę z bezsilności. Chciałam mieć kogoś bliskiego, aby zrozumiał mnie, ale jednak nie potrafiłam się zaprzyjaźnić.


Do mojego serca dotarła tylko jedna osoba. Moja siostra. To ona jako jedyna mnie rozumiała, jako jedyna potrafiła godzinami rozmawiać ze mną o głupotach i śmiać się przy tym do rozpuku. Dzięki niej moja twarz promieniała, a serce aż chciało się wyrwać z piersi. Była starsza ode mnie o pięć lat. Była moim ideałem. Nie przypadkowo mówię o niej w czasie przeszłym. Jej już nie ma. Odeszła. Zginęła na moich ochach, przechodząc przez ulicę tuż przy naszym osiedlu. Za chwile miała być już w domu. Widziałam ją z okna naszego pokoju. Często to właśnie tam jej wypatrywałam. Siadałam na parapecie i czekałam, aż zjawi się przed naszym blokiem, pomacha mi i zniknie, wchodząc do klatki, a po chwili zadzwoni do drzwi i będę mogła rzucić się jej w ramiona. Miałam z nią lepszy kontakt niż z matką, która niestety dużo pracowała, tak samo jak ojciec. Chcieli nam obu zapewnić jak najlepszą przyszłość, więc harowali, a my zajmowałyśmy się sobą. Dziś jest ten dzień, w którym zostawiła mnie na tym świecie samą. Znowu siedzę od rana nad jej grobem i wpatruję się w małe zdjęcie na pomniku. Jest tam taka uśmiechnięta. A ja płaczę. Straciłam najważniejszą dla siebie osobę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz